OSTRZEŻENIE

Niektóre elementy tej instrukcji należy potraktować z przymrużeniem oka, a niektóre bardzo serio. Jednak to, jak odbierzesz tę instrukcję, zależy już tylko od Ciebie.


Nie wierzę w żadne coachingi.

Wierzę za to w Boga.

Czasem wierzę w pozytywne myślenie, w moc ziół, w zapach świeżej ziemi ledwie skropionej deszczem. Wiem, że to nie przeminie, ale ZOSTANIE.

Mela Koteluk (robię się już nudna z tym nawiązywaniem do Meli, ale co poradzić – Mela zna życie) zaśpiewała kiedyś tak:

A jeśli zerwie dach
Huraganowy wiatr
Lądu toń
Ochroni dom
Lądu toń
Ochroni dom

Bo przecież czasem zrywa się wiatr, ale tak powolutku, powolutku, lubi oszukiwać, że to nie ja, nie, nie, mnie tu nie ma i nie było. Niebo szarzeje, a mijane na drodze auta zlewają się w jedno. Stan przedburzowy. A ty akurat jedziesz rowerem. Problem zaczyna się w sytuacji, gdy jesteś daleko od domu. Sytuacja zmienia się z minuty na minutę.

Myślisz sobie, spokojnie, spokojnie, to jest kaptur, kaptur trzeba dać na głowę. Bluza w jaskółki też przetrzyma tę podróż. Okularom przydałyby się jakieś automatyczne wycieraczki, ale trudno, jakoś się dojedzie.

W słuchawkach standardowo rozbrzmiewa Debussy, tak jak wtedy, gdy dużo się myśli. Bo Debussy jest dobry na tę chorobę zwaną myśleniem.

Smsów stos. Telefonów narastająca lawina. Zignorować, należy wybrać to, co istotne w danym momencie. Trudno przecież prowadzić jedną ręką. Poza tym gra już tylko jedna słuchawka.

Mijasz bajeczne trio o wdzięcznych nazwach, miejscowości położone pod metropolią. Kłaniasz się drewnianym budynkom. Podgłaśniasz muzykę. I wciąż jedziesz coraz szybciej, chociaż znak wyraźnie ostrzega o ograniczeniu do 70 kilometrów na godzinę.

Piorun. Jeden, drugi, trzeci. Nie liczysz, chociaż ładnie się błyska. I nawet by się człowiek zatrzymał i robił zdjęcia, ale to byłoby głupie zachowanie.

Wiatr przybiera na sile, wzmaga się, zmienia drzewom fryzury. To zabawne, jak giętkie potrafią być witki wierzby płaczącej. Słusznie narzeka w tę pogodę, zupełnie słusznie.

Wreszcie zielona tablica. I wtedy trochę zwalniasz. Jest dobrze, oto stały, znany ląd. Rodzimy. Tutaj nawet jak zerwie dach, to znajdzie się mnóstwo osób, które pomogą go złapać.

Ten ląd jest z betonowej trawy. Bardzo trwałej, nietypowej, z kosmicznych materiałów. Ma najlepsze atesty i opinie wybitnych specjalistów.

Ten ląd to wszystko to, co sobie zbudowałaś/zbudowałeś dookoła. I na czym możesz się oprzeć w dowolnym momencie. Bo wiesz, że nigdy nie zawiedzie i wszystko wyjdzie. W tym miejscu, wśród tych ludzi. Także po to są stany przedburzowe. Aby to sobie uświadomić. Że nawet jeśli nie ma takiej betonowej trawy, huraganowy wiatr już dawno porwał dach, to to wszystko można sobie jeszcze zbudować. Po swojemu, na własnych zasadach. I, co istotne, z rozsądnej odległości przyglądając się rzeczywistości (obraz na przybliżeniu czasami bywa zakłamany), zwracając uwagę na okoliczności i bardzo uważając na innych ludzi.

Może Ci się spodobać

#drobnostki

Co to jest AZS (atopowe zapalenie skóry) – poradnik dla początkujących

Dach łatany słońcem

3 thoughts on “Stan przedburzowy – bezpunktowa, dosłownie niesłowna i nieco metaforyczna instrukcja obsługi”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *