Farbowana minimalistka

Plan był banalnie prosty.
Naprawdę.
Ograniczyć liczbę posiadanych ubrań.

Ponad dwa lata temu doszłam do wniosku, że mam wystarczająco dużo ciuchów. Obiecałam sobie wówczas jedno: będę je kupować tylko wtedy, gdy będzie to po prostu niezbędne.

Ucieszyłam się nawet, bowiem mnogość ubrań już niemal mnie przytłaczała. Jeeeeeeeej, może wreszcie zużyję te bluzki, których szkoda wyrzucić (bo sukienek się przecież nie pozbędę, nie ma takiej opcji). Nadzieja i motywacja były ogromne! Ostatecznie zostaną mi tylko te ubrania, w których naprawdę chcę chodzić i które najlepiej mnie wyrażają. To musi być gra warta świeczki.

Minęły dwa lata. Postanowiłam przeanalizować efekty mojego sprytnego planu, jednak w momencie, gdy ubrania zajęły przestrzeń całego łóżka, zrozumiałam, że mam problem. Bardzo poważny.
Dwadzieścia sześć sukienek i co najmniej dwa razy tyle bluzek rozciągających się właściwie nie tylko na łóżku, ale także zwisających sobie niedbale z oparcia mojego fotela. A te ostatnie i tak ledwo, bo trochę zaczęły spadać na podłogę.

Gdyby nie przeprowadzka (której czas nadchodzi już długimi susami, hurray!), zapewne bym się aż tak nie zmartwiła. Jednakże niemiło jest dostrzec, że w głowie masz minimalizm, a na żywo – bałagan. Przeanalizowałam sytuację i doszłam do następujących wniosków:

  • pierwszy rok minimalizmu był w porządku. Nie kupowałam niczego, czego nie potrzebowałam (pandemia też temu sprzyjała ;)),
  • drugi rok zdecydowanie się pod tym względem nie udał. Ze zdwojoną siłą powrócił mój szał na sukienki w stylu vintage i retro. To był czas testowania kilku polskich marek (szyjących tak, jakby czytały mi w myślach), kilku z UK (tutaj uwaga do polskich firm; wiem, że warunki do prowadzenia działalności gospodarczej są jakie są, ale czasami bardziej się opłaca zamówić sukienkę z zagranicy niż z Polski. To bardzo smutne, zwłaszcza wtedy, gdy chce się wspierać polskie firmy).
    Rok 2021 skończyłam zatem z ogromną ilością linków do nowych sukienek, z włączonym obserwowaniem kilku fajnych profili na Vinted oraz poznałam co najmniej 3 nowe grupy na Facebooku. Nie jest dobrze.

W takich sytuacjach Internet doradza tworzenie uniwersalnych zestawów ubrań i wyrzucanie tych, z którymi niewiele da się już zrobić. Innym argumentem, który zwykle do mnie trafiał, jest powolne wymienianie ubrań na lepsze jakościowo. Owszem, czasem trzeba za nie trochę więcej zapłacić, ale starczają na dłużej. I to może być nawet okej, tylko jak te sklepy namierzyć? 😉

Jak zatem przekonać samą siebie, że może warto już wyrzucić przywiezioną z Londynu koszulkę z Hogwartem? (to się chyba nie uda, nie ma się co łudzić) I co zrobić z czarną sukienką znalezioną w secondhandzie (podpiętą w jednym miejscu agrafką), którą własnoręcznie się potem zszywało na własną modłę? Czy takie ubrania da się w ogóle wyrzucić, czy to jest wykonalne?

Być może niektórzy z nas nie są stworzeni do minimalizmu.
Niektórzy fani retro i vintage z całą pewnością.
Uroczyście przyznaję się do porażki, za bardzo kocham moje sukienki.

Ania, która nie była i nie będzie minimalistką

Może Ci się spodobać

#drobnostka lutowa A.D. 2022

#drobnostki styczniowe A.D. 2022

Rzeczy, które mi się nie udały w tym roku

#drobnostki listopadowe

2 thoughts on “Farbowana minimalistka”

  1. Myślę że trzeba znaleźć złoty środek. Ja cały rok nic nie kupuje ale raz w roku biorę 1000 zł i wydaje na ciuchy. Wiem że moje kumpetle o 30 razy więcej ale ja mam szafę pełna ciuchów i wciąż wierzę że do nich schludne 😂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.