Dużo biegam. Ostatnio coraz więcej i więcej. Z początku odzywa się ból kostek i nóg, tak sobie promieniuje i tańczy bez ustanku. A potem mija, schodzi i jakoś się o nim zapomina. Tak już bywa. Może mija, ponieważ wczuwam się w krajobraz i chłonę każdy prześwit zieleni w betonowej dżungli.

Biegam sobie daleko, daleko poza osiedle i wysokie blokowiska. Jest to zapewne jakiś sposób na ucieczkę, mentalne odcięcie się. No to odcinam się. Ostatnio ucieszyłam się jak głupia, widząc traktor. Poważnie. Traktor, macie pojęcie? Nigdy bym nie przypuszczała, że wzbudzi to we mnie takie emocje. Co ta pandemia robi z ludźmi.

I gdy tak biegnę, to wpycham się między alejki i ulice. A w nich, pomiędzy pasami zieleni, znajdują się niekiedy prawdziwe perełki. Mam taką jedną spokojną uliczkę. Domy kłębią się w niej na potęgę, a jednocześnie jest tam niewiarygodnie cicho i pięknie. Dom za domem, ogród za ogrodem, pooddzielane fantazyjnymi i zwykłymi ogrodzeniami. Jak kto woli. Szum kosiarek, czarne koty spoglądające na mnie szeroko otwartymi oczami (być może próbują mnie zaczarować, żeby mi się nogi poplątały, lecz nic to, nie ze mną te numery) i powarkujący na mnie pies. I dziecko, które ewidentnie właśnie próbuje wybić sąsiadowi okno. Piłką do rugby. Tam jest właśnie tak.

Na tej właśnie ulicy odkryłam istną perłę wśród pereł. Jakbym na nowo odnalazła najpiękniejszy odcień niebieskiego (oczywiście, że turkus). No sen o potędze. Dom, który jest ruiną.

Tak jest, dobrze przeczytaliście. Jest to dom cichy i niezadbany, wręcz wołający o remont. A jednocześnie nieduży, z pięknymi, starymi oknami i na wpół uchylonymi drzwiami. Na jego pociemniałych od wieku ścianach znajdują się kolorowe napisy, zapewne będące efektem działań nudzących się nastolatków. Na pierwszy rzut oka – dom jak dom, zniszczony, smutny, opuszczony i samotny. Nieodwiedzany, niezamieszkany, bowiem dobitnie pokazuje to bardzo wysoka trawa, w której zapewne utonąłby każdy przybysz wchodzący na tę posesję.

Lecz wystarczy spojrzeć wyżej – a tam – cuda prawdziwe. Słońce tańczące po dachówkach i na mrocznym poddaszu. Odganiające smutek i żal. Jakoś tak dające nadzieję, chociaż nie wiadomo dlaczego. Nic to, że dach jest dziurawy. Nic to, że w ogrodzie kłębi się całe morze pokrzyw. W tej niedoskonałości jest wszystko, co piękne. I wszystko to, czego nie da się wytłumaczyć.

Próbowałam zrozumieć, dlaczego tak bardzo spodobało mi się to miejsce. Czy zadecydował o tym dziki ogród nieśmiało wyglądający zza domu? A może to ten dach łatany słońcem? Albo okna? Ach tak, to mogły być okna. Niezmiernie podobne do okien w domu moich dziadków. Wieść rodzinna głosi, że dom zbudował przed wojną mój pradziadek. Budował go z myślą, że kolejne pokolenia będą tam mieszkać przez lata, co wyjaśnia ogromne wymiary tej budowli. To wręcz kamienica. Lecz marzenia seniorów rodu marzeniami, a życie życiem. Dziś nie mieszka już tam nikt z przedstawicieli młodszego pokolenia. Zostali starsi, doszli nowi lokatorzy. Świat kręci się dalej w tej pięknej, niedużej mieścinie.

Tymczasem w mojej dużej, dużej mieścinie i metropolii wręcz – życie również toczy się dalej.  Wypierając stare domy, wycinając niedobitki drzew, stawiając betonowe kolosy za miliony monet. Jednak – co ważne – zawsze można pobiec tam, gdzie jeszcze znajdują się małe uliczki i popatrzeć sobie na, jak to mówią niektórzy, relikty przeszłości (a tak naprawdę to samo piękno zaklęte w niepozorność). Zatrzymać się w biegu i uśmiechnąć się do słońca poupychanego na dachu. Naprawdę warto.

Może Ci się spodobać

#drobnostki

Co to jest AZS (atopowe zapalenie skóry) – poradnik dla początkujących

Stan przedburzowy – bezpunktowa, dosłownie niesłowna i nieco metaforyczna instrukcja obsługi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *